Leshy – Psychopomp

8/10

„Gdybyś tylko zabić mógł, chwyciłbyś za broń…”

Przyznam się szczerze, że nie za bardzo do tej pory znałem twórczość zespołu Leshy. Owszem, słyszałem co nieco o tym bandzie (mieszkając w Płocku trudno nie słyszeć o kapelach, grających na własnym podwórku, zwłaszcza, że tworzą je ludzie związani m.in. z takimi zespołami jak: Concatenation, VAT 69, Black Mad Lice, Parh, Hope Alive, Under Age). Pierwsze spotkanie z zespołem zaliczyłem podczas ich koncertu, który odbył się mniej więcej 3 lata temu w Płockim Ośrodku Kultury i Sztuki. Zagrali wtedy jako headliner, a supportował ich innym płocki band: Vernheim. Przyznam się, że zespół Vernheim wywarł wtedy na mnie większe wrażenie niż bohaterowie dzisiejszej recenzji. Pierwszego krążka zespołu za bardzo nie pamiętam (chociaż na bank go słuchałem), ale byłem mega ciekaw, co chłopaki zaprezentowali na swojej drugiej płycie. Płyta pod tajemniczym tytułem „Psychopomp”, ukazała się w styczniu tego roku. Zakupiłem ją od razu po premierze i czekała na mnie do odbioru w POKiSie, do którego często zaglądałem przy okazji wizyty w Kinie za Rogiem, a którym opiekuje się m.in. gitarzysta zespołu – Mikołaj Tyman. Jednak w związku z pandemią koronawirusa płyta przeleżało przeszło pół roku w jego szufladzie, zanim w zeszłym tygodniu wreszcie trafiła w moje ręce 🙂

Pierwsze, co od razu zwraca uwagę przy jej odsłuchu to świetna realizacja tego krążka. Wszystko jest na swoim miejscu, wszystko czytelne, poziomy głośności każdego instrumentów dobrane odpowiednio, nic nie kłuje, nie drażni, nie przeszkadza. Z wkładki dołączonej do płyty dowiedziałem się, że zespół Leshi, wszystkie gitary, bas i wokale zarejestrował własnym sumptem, w domach muzyków zespołu. Miksem i masteringem zajął się gitarzysta: Mateusz „Shnapps” Koziorowski. Płyta ta jest więc przykładem tego, że nie trzeba przeznaczać grubej kasy na studio, żeby materiał dobrze „zagadał”. Oczywiście potrzebny jest talent, słuch, wiedza w obsłudze studyjnego oprogramowania oraz umiejętność posługiwania się nim, żeby zrobić to jak należy. Po odsłuchu krążka uważam, że Mateusz posiada wszystkie wymienione przeze mnie cechy/umiejętności (zero wazeliny – po prostu tak uważam i koniec kropka).

Wkładając płytę do odtwarzacza byłem przekonany, że wiem co usłyszę. Spodziewałem się, że będzie to 6 „trashowych”, przewidywalnych kompozycji, z ładnymi riffami i mocnymi wokalami. Pierwsze dźwięki wydobywające się z głośników tylko potwierdziły moje przypuszczenia. Jednak to co pojawiło się w nich później sprawiło, że moja twarz coraz bardziej nabierała mimiki podobnej do postaci ze słynnego obrazu Edwarda Muncha pt.. Krzyk”.

Płytę rozpoczyna neurotyczny utwór pt. Poziom 4. Już pierwsze dźwięki gitary budują mroczną atmosferę, którą potęguje smętnie wyśpiewany tekst przez Jakuba „Kosę” Kossakowskiego. Wrażenie ogólnie pozytywne, ale jak to się mówi – „dupy nie urywa”. Tak jak napisałem we wstępie. Tego się w sumie spodziewałem. Z minuty na minutę kawałek rozpędza się, czego kulminacją jest niezły walec na zakończenie utworu okraszony gitarowymi, ciekawymi solówkami.

Początek drugiego utworu, również nie zapowiadał, że coś się jeszcze zmieni w trakcie odsłuchu tego krążka. Spoko riffy, mocna perka… ogólnie nuda… jednak właśnie w tym kawałku pomalutku następuje przełamanie tej koncepcji. Zespół serwuje słuchaczowi kolejny, trashowy klimat, by mniej więcej w połowie utworu zerwać z przewidywalnością tej koncepcji i wystopować, wyciszyć, rozmyć bass efektami, dołożyć lekko przesterowaną gitarę, wprowadzić klimatyczny wokal. Od tego momentu wg mnie zaczyna się zajefajność tego krążka i z perspektywy tego momentu jestem w stanie zrozumieć jej początek: serwować po troszku, małymi kęsami, a nie od razu odsłonić wszystkie karty. Jednak jakież było moje zdziwienie, kiedy doszedłem do utworu pt. „Powinność”, z niesamowitym „dronem” zawieszonym gdzieś w tle, z minimalistyczną, surową, czystą gitarą oraz wręcz szamańskimi dźwiękami deklamowanymi przez Kosę. Słuchając tego utworu naprawdę można przenieść się oczyma wyobraźni na jakąś szamańską ceremonię i poczuć ducha rdzennych mieszkańców np. Ameryki Łacińskiej. Jest zdecydowanie wolniej, duszniej… Kolejny utwór „Psychopomp” (będący jednocześnie tytułem płyty), kontynuuje tę podróż, jednak jest już zdecydowanie głośniej, mocniej, ale nadal pozostajemy w tym mistycznym klimacie. Fajnie brzmiąca gitara basowa, dobre gitarowe riffy, pięknie mieszające się z melodiami granymi przez drugiego gitarzystę tworzą jakąś tajemniczą aurę, z której nie sposób uciec. Jednak za chwilę następuje wyciszenie, zostaje sama gitara basowa podbita uderzeniem głębokiego bębna i wybrzmiewająca gdzieś w oddali gitara, by za chwilę z powrotem powrócić – tym razem z potężną ścianą dźwięków. Zespół idealnie steruje emocjami słuchacza, to rozbijając jego głowę o ścianę, to go wyciszając, żeby mógł poskładać się na nowo. Wokal rozmyty, odchodzący w otchłań. Ze „śladów” takiego utworu jak “Psychopomp” można śmiało zrobić ze 3 inne kawałki. Perkusja nie pozostaje w tyle. Na koniec to już istne garowe szaleństwo – wręcz punkowa rozpierducha.

Piąty utwór na track liście rozpoczyna się niesamowicie brzmiącą gitarą, która bardzo przypomina mi w swoim brzmieniu tradycyjny indyjski instrument – sitar. Bardzo transowy, spokojny początek, który jak w przypadku poprzedniego w trakcie swojego trwania to przyspiesza, to spowalnia. Mnóstwo niesamowitych „smaczków” gitarowych. Kawałek kończy się wręcz marszowym werblem, by na koniec znowu rozpędzić się i zakończyć utwór niezłym rozpierdolem z wybrzmiewającym w tle motywem przewodnim granym na gitarze i pięknie spójnie przechodzi w ostatni kawałek pt. Powietrze. W tym utworze prym wiedzie linia melodyczna grana przez gitarę basową, będąca zarówno instrumentem akompaniującym tekst deklamowany przez Kosę. W tle wybrzmiewają delikatnie przesterowane gitary, które idealnie wklejają się w koncepcję tego utworu.

Reasumując, płyta urzekła mnie swoim niesamowitym klimatem. Zawsze uważałem, że w muzyce chodzi przede wszystkim o uchwycenie jakiegoś ducha, jakiejś aury, jakiejś opowieści. Nie trzeba przez pół godziny „spuszczać się” i popisywać swoimi instrumentalnymi umiejętnościami, ale sztuką jest zabrać słuchacza w dźwiękową, muzyczną podróż, która pozostawi w nim trwały ślad. We mnie zdecydowanie pozostawiła.